Niewolnicy mody w poszukiwaniu alternatywy.

Jakby się porządnie zastanowić, cały świat namawia nas do płynięcia pod prąd. Z jednej strony uderza w nas masowość kultury, ale z drugiej wyraźnie wyczuwamy presję wywieraną przez społeczeństwo, by się wyróżniać. By być atrakcyjnym partnerem do dyskusji, do spędzania czasu, do potencjalnego związku. Niby mamy płynąć z prądem, ale jednocześnie musimy być inni niż cała reszta, jeśli w ogóle chcemy zostać zauważeni.

Tej dychotomii podporządkowujemy całe swoje życie. Wiecznie skołowani i wiecznie nie wiedzący dokładnie czego chcemy. Czytaj dalej

Reklamy

Miałem dzisiaj dłubać

I dlaczego nie dłubałem?

Bo człowiek zawsze ma w głowie, że powinien coś robić. Ja na przykład powinienem bardziej martwić się nadchodzącą sesją. W związku z czym, zamiast rzeźbić w dźwiękach, wmawiałem sobie, jak to bardzo powinienem zająć się czymś innym.

Zły student, zły.

Nie mogę skończyć żadnego kawałka.

Z dziwnej przyczyny – gdy mam już gotowy jakiś sensowny szkic całości, nagle myślę sobie:

„ok, ale gdy będę chciał zagrać ten numer live, jak to zrobić, żeby zmiksować to jakoś uniwersalnie z resztą, żeby toto się z resztą komponowało i jak to w miarę naturalnie połączyć w całość od strony technicznej.”

Oczywiście ani reszty, ani całości nie ma. Jest za to obsesja grania live w sposób „na control freaka”.

Jakby to napisać… Wczoraj znów płakałem, że nie umiem na: perkusji, basie, gitarze grać, nie ma mnie pięciu, nie mam kasy ani miejsca na wszystkie z instrumentów.

Chciałbym być pianistą w czasach przedkomputerowych i nie mieć tego typu problemów.

Skruszony trybik w wielkiej machinie

Człowiekowi całe życie wmawia się, że wszystkie jego decyzje do czegoś zmierzają. Nijak się to ma do rzeczywistości. Dorabiamy sobie teorie do objętej przez nas drogi, tak, jakby ktoś miał ich wysłuchać.

Abstrakcja. Wiara w los, w szczęście, w siłę sprawczą, czy w innego boga. Człowiek się budzi, lepiej lub gorzej wypełnia swoje obowiązki, narzucone przez społeczeństwo z niewiadomych powodów, a potem idzie spać.

I tak co dzień, poza pierwszym dniem, kiedy budzi się w ramach narodzin, oraz ostatnim, gdy zasypia snem wiecznym. Bo wtedy świat stoi dla nas w miejscu. Wtedy najszczerzej na świecie dziwi się człowiek dlaczego jest jak jest i za co trafił do tego właśnie miejsca, a nie na którąś z planet wiecznej szczęśliwości.

A może nie. Kim jesteśmy, by to stwierdzać.

Co zrobić, gdy jedyną powinnością jest się obudzić, by potem zasnąć?

Słów kilka o “Rzeźni Numer Pięć” Kurta Vonneguta.

Wiele mamy książek traktujących o Drugiej Wojnie Światowej. Chciałoby się napisać “stanowczo zbyt wiele”. Gigantyczna ich część zajmuje się jedynie niemal dokumentalnym opisem różnego rodzaju wydarzeń – czy to z czasu wojny, czy też losów powojennych bohaterów. Jednak nie dla każdej z tych książek znajdzie się w historii miejsce. Spora część zniknie, albo już znikła, w gąszczu tworów mało dla literatury istotnych. “Zdarza się i tak” – jakby to w “Rzeźni Numer Pięć” skomentował sam Kurt Vonnegut Junior. Czytaj dalej

Nasz klient, nasz pan.

Weszliśmy do sklepu w poszukiwaniu napitku. Śmierdziało w nim poprzednią epoką, ale osiedlowe ośrodki handlu mają to do siebie, że są po drodze i raczej nie dane jest nam mieć wybór kilku spośród nich.

Odwróciłem się, by zlustrować nowotygodniowe wydania gazet i stwierdziłem, że zainwestuję w Przegląd Tygodnia. Wziąłem dwa egzemplarze, zupełnie przypadkiem i z rozpędu. Gdyby nie ogromne bogactwo asortymentu, wziąłbym pewnie jeszcze i pięć. No ale były dwa. Jeden odłożyłem, mniej więcej na miejsce. – Ale proszę odłożyć na miejsce, bo ktoś przyjdzie, będzie chciał wziąć i nie znajdzie. – jaśnie sprzedawczyni, chyba właścicielka, była średnio zachwycona, czemu dała wyraz w swoim pełnym pretensji tonie.

– Teraz to sam już nie wiem gdzie była – odparłem, uznawszy, że jest w życiu wiele ważniejszych rzeczy od tego, gdzie akurat jest dokładne miejsce Przeglądu Tygodnia w podrzędnym, osiedlowym sklepiku, w którym byłem najpierwszy raz.

– Gazety odkładamy zawsze na miejsce – burknęła jeszcze bardziej nieprzyjemnie, najwyraźniej dumna z siebie.

Niedoszły zakup wyrzuciłem na podłogę, odwróciłem się na pięcie i krótkim „do widzenia” zakończyłem zakupy. Pani wyszła za mną, patrząc chyba dokąd idę, tak jakby nie życzyła sobie, żebym przypadkiem wrócił i może jednak zaszczycił ją swoim 3,50 za gazetę.

Łaskawa.

Mogłem wziąć oba egzemplarze. Ale wtedy pewnie chciałaby mnie zabić za przesadne opróżnienie półek. Ot i Polska.

Trudne początki

Czasem człowiek budzi się i wie, co będzie robił danego dnia. Ja miałem dziś zacząć pisać.

Z przyziemnych rzeczy, robię dziś obiad. Z tych mniej, podłączę namiastkę sprzętu grającego, którą akurat posiadam, posłucham wreszcie co potrafi i napiszę o niej kilka słów.

Takie tam bzdety, ale przynajmniej wiem co. To ważne.

PS. O, jaki ładny niebieski :)