Słów kilka o “Rzeźni Numer Pięć” Kurta Vonneguta.

Wiele mamy książek traktujących o Drugiej Wojnie Światowej. Chciałoby się napisać “stanowczo zbyt wiele”. Gigantyczna ich część zajmuje się jedynie niemal dokumentalnym opisem różnego rodzaju wydarzeń – czy to z czasu wojny, czy też losów powojennych bohaterów. Jednak nie dla każdej z tych książek znajdzie się w historii miejsce. Spora część zniknie, albo już znikła, w gąszczu tworów mało dla literatury istotnych. “Zdarza się i tak” – jakby to w “Rzeźni Numer Pięć” skomentował sam Kurt Vonnegut Junior.

Z “Rzeźnią” Vonnegut siłował się przez ćwierć wieku. Nie potrzebował materiałów do jej napisania – widział wszystko na własne oczy i w ostateczności stworzył rzecz mocno autobiograficzną; rzecz w której znalazło się miejsce na skoki w czasie, kosmitów i cięty język. Cała trudność polegała w jego wypadku na poukładaniu sobie wszystkiego w głowie, bo – jak sam później stwierdził – jego książka jest “krótka i popaprana, bo o masakrze nie sposób powiedzieć nic inteligentnego”. Chyba jednak się udało.

Drezdeńskie okrucieństwo (…) było tak bezsensowne, że tylko jedna osoba na całej planecie wyniosła z niego korzyść. To ja jestem tą osobą (…) Dostałem dwa lub trzy dolary za każdą zabitą osobę. Prowadzę niezły interes.

Czarny, ciężkiego kalibru humor to domena amerykańskiego pisarza. Jest go na tyle dużo, że nawet świeżo po lekturze nie sposób przypomnieć sobie choćby jednego z dowcipnych tekstów padających w całej książce, a te najbardziej tkwiące w pamięci tyczą się samego autora i postaci Jezusa, a z samą fabułą wspólnego mają tyle, co nic. Vonnegut wokół śmiertelnie poważnego tematu potrafi krążyć tak, by z naszej twarzy nie schodził uśmiech.

Co zresztą wydaje się niesamowicie trudne, bo w “Rzeźni Numer Pięć” zdarzeń śmiesznych w zasadzie nie ma – wędrówka bohatera po terenie wroga, pojmanie, obóz jeniecki i krótki epizod w Dreźnie, a z drugiej strony jego zwykłe, acz tragiczne, powojenne życie. Mało śmieszna jest również sama postać Billy’ego Pielgrzyma. Jest tak bardzo nijaki, jak tylko się da. Wydaje się, że symbolizuje obojętność całego świata wobec wojny; przypadkowość wszelkich zdarzeń dookoła niej.

Pewnie właśnie na bylejakości polega fenomen tejże postaci. Billy, podobnie jak wielu byłych żołnierzy, zmaga się z problemami adaptacyjnymi. Robi wiele rzeczy bez wyraźnego powodu, biorąc życie takim, jakie jest. Niby tłumaczą mu to Tralfamadorczycy, ale bardziej prawdopodobnym z realistycznego punktu widzenia jest, że są oni konstruktem człowieka zagubionego, który po latach wymyśla wreszcie sposób na zwrócenie ku sobie uwagi.

Podobnie jest, moim zdaniem, z podróżami w czasie głównego bohatera, które niby są wkomponowane w jego życie – jak na przykład, gdy przewiduje własną śmierć – ale poza kilkoma przypadkami, śmiało potraktować je można jako majaki nie do końca zdrowego umysłu, leczonego przecież elektrowstrząsami.

W opowieści tej nie ma bohaterów ani dramatycznych konfliktów, gdyż występujący w niej ludzie są albo chorzy, albo stanowią bezwolne igraszki w ręku jakichś potężnych sił. Ponieważ jednym z najważniejszych efektów wojny jest właśnie to, że pozbawia się ludzi osobowości.

Fragmentaryczna budowa “Rzeźni Numer Pięć” ma jeszcze jedną konsekwencję. Próbując przypomnieć sobie fabułę książki świeżo po jej lekturze, mam w głowie pustkę. Jestem w stanie sobie przypomnieć ogólny jej zarys, ale są to bardziej informacje z życia Billy’ego Pielgrzyma, z danych chwil w jego życiu – co z jednej strony oznaczać może, że przyjąłem Tralfamadoriańskie poczucie czasu; a z drugiej, że fabuła ta nie ma dla wydźwięku “Rzeźni” większego znaczenia. Być może ma ona być jedynie pretekstem do prześlizgnięcia się po temacie, tak jak Billy ślizgał się przez życie.

Prześlizgiwanie się przez życie i nieuchronność wydarzeń to zresztą częsty motyw w twórczości Kurta Vonneguta. Jego bohaterowie często są trybikami w wielkiej machinie, na którą nie mają wpływu.

Zdecydowanie ważniejsza od fabuły jest refleksja, która następuje po lekturze całej książki. Książki o masakrze w Dreźnie, w której to tejże masakry nie uświadczymy – sam autor szybko dość mówi, że niewiele można o masakrze napisać poza ptasim „ti-it”.

W moim wypadku reakcją na ostatnie zdanie książki było zmieszanie, tak dobrze znane z lektury pozostałych dzieł Vonneguta, w których zwykle największą zabawką jest niczego nie spodziewający się czytelnik. W wypadku “Rzeźni” najmniej spodziewa się człowiek tak szybkiego i nagłego zakończenia.

Fotografie były bardziel Tralfamadorskie niż filmy, gdyż człowiek mógł je oglądać, kiedy tylko chciał, a one nie ulegały zmianie.

Tak oto dostajemy książkę na wskroś uniwersalną i ponadczasową. Przemyślaną w swoim chaosie. Sensowną w swojej bezsensowności. Balansującą na krawędzi realizmu i absurdu. Trudną do zapamiętania i zapomnienia zarazem. Bawiącą się czasem, tematem wojny i powagą sytuacji. Śmieszną, straszną… Jedyną w swoim rodzaju.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s